Man of Steel

Scroll this

Poniższą rozmowę przeprowadziliśmy z Amiszem (amiszowka.pl) we wrześniu 2015 roku niemal pół roku przed premierą Batman v Superman. Potraktujcie ją jako wstęp do dyskusji o nim, która ukaże się w przyszłym tygodniu.

Charles Nigma: Cześć Sebastianie!

Amisz: Witaj Maćku!

Zebraliśmy się tutaj by połączyć… czekaj nie to miejsce. Niczym zaczniemy tańczyć na kurhanie Men of Steel czy mógłbyś przedstawić się moim czytelnikom?

Jasne. Jestem Amisz i piszę o tym, co lubię i co mnie wkurza. Od komiksów, przez muzykę i filmy, na problemach społecznych kończąc. Twoja kolej.

Nazywam się Charles Nigma i jestem Geekiem przez wielkie G. Chłonę popkulturę na wszelkie możliwe sposoby. Gdy formalności mamy za sobą czas na danie główne czyli rozmowę o Men of Steel. Zacznijmy od czegoś oczywistego – temu filmowi brakuje kolorów.

Tak i nie. Owszem, jest utrzymany w szarawym tonie, ale taki np. Krypton został przedstawiony bardzo wymownie. No i pytanie podstawowe – czy to wada filmu?

Raczej tak. Gdyby cały film był nieco bardzie kolorowy na pewno nie zostawiałby tak smutnego wrażenia. Spójrz na poniższe video. Czy nie wygląda dużo lepiej?

https://www.youtube.com/watch?v=GlQ1KPI34p4

Niby tak, wygląda lepiej. Ale czy to nie wygląda jak kolejny Iron Man/Spider-Man/Thor? Czy zostając w DC, Green Lantern? Zobacz, że są filmy, które wyróżniają się stylem i kolorystyką i idzie im to na dobre. Matrix jest zielonkawy, 300 leci w przejaskrawienie – te filmy pamiętamy też za ich styl (300 głównie za to). Zobacz, że dzięki kolorystyce, Man Of Steel jest kojarzony przez wiele osób.

Znany owszem, jednak nie wiem czy to po prostu nie jest wada. Zawsze podobały mi się poprzedniej Supermani jeśli chodzi o kolorystykę.

Dla mnie stare filmy były zbyt cukierkowe, zbyt „amerykańskie” i cieszę się, że ktoś postanowił pokazać „pana loczka” w innej stylistyce.

Po prostu reżyser zapomniał, że Supermen to nie Batman a sam nie jest Nolanem. Jednak to i tak nie wielki problem przy kolejnych wadach. Weźmy pod uwagę samą kreację głównego bohatera. Ktoś uparł się by zrobić z niego kosmicznego Jezusa.

Dlaczego? Słyszę ten zarzut nie po raz pierwszy i nie rozumiem o co idzie. Co wskazuje na mesjanizm Supermana? Jedna scena kiedy idzie do kościoła, a potem wydaje się w ręce wroga? Czy to wada?

Nie chodzi o samo pójście do kościoła a rozmowę w środku. Podczas niej jesteśmy wręcz atakowani tym porównaniem. To, że wydaje się w ręce wroga dobrowolnie jest tylko dodatkiem. IMO to dość zabawne, że ktoś kto potrafił z zemsty zniszczyć innej osobie samochód jest porównywany do Jezusa.

Widzę to trochę inaczej. Sama ta scena była dla mnie dość mocna – mamy niezniszczalnego herosa, który staje w obliczu problemu zwyczajnie go przerastającego. Jako osoba wychowana w duchu katolickim, idzie do kościoła po poradę. Istota, która mogłaby uchodzić za boga – idzie prosić naszego Boga o pomoc. Sam się degraduje. To mocne. A mesjanistycznych postaci, poświęceń za innych, wybrańców etc mamy w literaturze i komiksie od groma. Taki kanon po prostu.

Nie mam nic przeciw mesjanizmowi postaci, ale to ukazywanie go na siłę mnie męczy.

To przy Matrixie musiałeś brać mocne środki uspokajające. Krótko – Superman jest mesjanizowany, ale nie on pierwszy i nie ostatni. I mi to nie przeszkadza. W odróżnieniu od paru scen „kreacji bohatera”, które są absurdalne. Jak to jest, że do statku wchodzi zarośnięty facet, zakłada strój i wychodzi już idealnie ogolony? Ubawiło mnie to.

Mi przypomniało to scenę gdy Superman goli się przed lustrem za pomocą laserowego wzroku. Zresztą rzeczony strój musiał być bardzo rozciągliwy skoro pasował na naszego bohatera.

To było dziwne. Zupełnie jakby pojawił się inny aktor/nowa postać. Co mnie trochę wkurzyło, bo silą się na pokazywanie Clarka jako człowieka wielu emocji i po przejściach, a potem samą przemianę w Supermana załatwiają jednym ujęciem. Nie jest to poziom zmiany Anakina w Vadera, ale było niebezpiecznie blisko.

Może to szata zdobi człowieka i niczym we wspomnianym wcześniej Matrixie zaprogramowano go by był super?

To jest właśnie to – nie programowano go. Był niby pierwszym od wieków urodzonym na Kryptonie w sposób naturalny, a to bach! – Masz być bohaterem! – Ok! I tyle. Całe to nadbudowywanie, tworzenie wątpliwości, wszystko to sprowadziło się do kilku sekund filmu. Z programowania wyszedł jeden z najzabawniejszych momentów, kiedy kobietka od Zoda (wiem, ma imię, ale dla mnie jest kobietką od Zoda) rzuca: „ewolucja zawsze wygrywa”. Jaka ewolucja, kobieto? Stworzono cię w probówce, jak wszystkich innych obok ciebie.

Prawdopodobnie przewidziała ona klęskę Zoda i sukces Supermana. Mnie bardziej zirytował ojciec Clarka, który za Chiny Ludowe nie chciał dopuścić do ujawnienia mocy syna nawet za cenę śmierci innych osób.

Tu ponownie nastąpi niezgoda z mojej strony. Odebrałem to inaczej – ojciec Clarka nie wiedział co ma zrobić. Stanął przed sytuacją bez wyjścia, gdzie każde rozwiązanie może się skończyć tragicznie. Kiedy Clark pyta go, czy miał pozwolić umrzeć dzieciakom w autobusie, nie mówi „tak”. Mówi „może”. Sama ta scena była dla mnie cholernie mocna. Mamy człowieka przestraszonego, który próbuje działać według tego, co dla niego najważniejsze – bezpieczeństwo syna. I ni chu chu nie wie jak.

Tak, ale zazwyczaj ojciec Clarka jest pokazywany jako kompas moralny dla tej postaci, jako wsparcie i przykład dla Supermana. Tu jest zbyt zagubiony a w konsekwencji traci swoje zalety. Dużo lepiej wypadała mama Clarka, która podobnie jak w oryginale wspiera go. W opozycji do Jonathana dobrze wypada biologiczny tata Jor-El. Stara się wyjaśnić mu sporo i pomaga jego znajomej w ucieczce.

Tu się bardzo zdziwiłem. Ostatnie filmy Russela Crowe’a sprawiły, że bałem się jego występu w Man Of Steel. Pozytywnie mnie zaskoczył. Był wyważony, doradzał, nie wpychał się przed obiektyw kiedy nie musiał. A scena ucieczki Lois ze statku Zoda to perełka, nie tylko realizacyjna. Wyobraź sobie grę, w której masz takiego pomocnika. Mówi Ci co masz robić, otwiera drzwi, odcina przeciwników – kosmos.

Charles Nigma: Jor-El jest świetny i brakuje mi go w finale gdzie Superman robi coś niezbyt super. Czemu on niszczy całe miasto zamiast przenieść walkę poza nie? Zod chce zabić naszego bohatera a ten w już zniszczonym mieście wywołuje kolejne problemy. To stanowczo nie pasuje do jego wizerunku.

Dla mnie to też było niezrozumiałe. Ale zastanowiłem się nieco nad tą sceną i myślę, że ma ona sens. Superman był młody, to były jego pierwsze chwile jako superbohatera. Chwilę wcześniej nie wiedział nawet, że umie latać. Zostaje zaatakowany, odpowiada atakiem. Może nie zdawał sobie jeszcze sprawy ze swojej siły? Tak w pełni? Może nie wiedział co robi? A Zod nie tylko chciał zabić Supermana, chciał ukarać ludzkość. Wydaje mi się, że za nic nie dałby się wyciągnąć z miasta.

Charles Nigma: Gdyby Supcio wyrzucił go niemal dosłownie z miasta to prawdopodobnie bitwa odbyłaby się gdzieś indziej. Zresztą [SPOILER ALERT] niepotrzebnie zabija on Zoda. Ma wiele możliwości i decyduje się na coś irytującego. Zod mógłby wrócić w kolejnych częściach a tak został „załatwiony”.

Trudno mi się nie zgodzić z tym argumentem. Skręca Zodowi kark, ratując ludzi, którzy równie dobrze mogliby uciec. Ale sam akt zabójstwa to kolejna mocna scena moim zdaniem. Ma przed sobą ostatniego „współplemieńca” i musi go zabić, do tego własnoręcznie, ratując dzięki temu coś, w co wierzy. Zod zginął, ok. Ale to nie Loki, żeby sobie nim wytrzeć podłogę a potem walczyć z nim ponownie. A tak w ogóle, to będzie Ci brakowało Zoda? Myślałem, że nie lubisz tej postaci.

Nie lubię, ale doceniam jako antagonistę dla Supermana. To tak jakby w pierwszym Thorze zabić Lokiego i nigdy doń nie powrócić. Można? Można, bo każdy superbohater ma liczne grono wrogów, ale kilku najbardziej znaczących. Clarkowi został tylko Lex Luthor.

Nie tylko – jest jeszcze Batman. Ale tak serio, do zmiany czarnego charakteru co film przyzwyczaił nas właśnie Marvel, Loki jest tu jedynym wyjątkiem. A po trochu to wina samego materiału źródłowego, przez tyle lat nie stworzyć Supermanowi więcej godnych przeciwników. Ja właśnie lubiłem Zoda jako postać, ale nie muszę go oglądać w kolejnym filie. W Dark Knight Rises też nie płakałem za Jokerem.

Nie ukrywam Jokera było mi bardzo żal. To świetna postać, która z pewnych przyczyn nie wróciła w kontynuacji. Za Zodem będę płakał mniej, ale wolałbym go zobaczyć w nadchodzącym Batman v Superman.

Jedyny powód, dla którego będzie mi brakowało Zoda to fakt, że nie zobaczę ponownie tak dobrze konstruowanej i nakręconej walce w powietrzu. Serio, Man of Steel to dla mnie najlepsza ekranizacja Dragon Balla w historii. Ale w dalszych częściach chcę zobaczyć nowych przeciwników i nowe wyzwania.

Walki są zrobione świetnie, ale po obejrzeniu filmu i jego choćby powierzchownej analizie widzisz setki błędów, które w najlepszym wypadku denerwują Cię a w najgorszym obrażają. Przypomnij sobie scenę gdy wszystko jest wsysane do wielkiego urządzenia w powietrzu. Do góry lecą samochody, fragmenty budynków, nawet Superman ma problem z ucieczką od niego, a Lois sobie spokojnie opada.

To prawda, ale tu niestety widzę rękę jednego z najgorszych indywiduów Hollywood, czyli Davida Goyera. Koleś położył wiele dobrze zapowiadających się filmów, a sam Nolan podziękował mu za współpracę po Batman Begins. Ale widzisz, tu dużo zależy od tego, czego oczekujesz. W scenach walki chcę się dobrze bawić, a nie je analizować. Dlatego bardzo podoba mi się Pacific Rim, mimo, że jest głupi jak obietnice wyborcze Kukiza.

Pacific Rim od początku zapowiadał się na prosty film i nawet był spójny w swoich założeniach. Superman nie oferował czegoś takiego a zasady jakie ustalał na początku zmieniały się często w ciągu kilku chwil. Boję się o nadchodzący sequel, bo jeśli twórcy scenariusza utrzymają ten trend to będzie wyjątkowo źle.

Wystarczy dobry scenariusz, bo tego moim zdaniem zabrakło w Man of Steel. Wizualnie, reżysersko, aktorsko w kwestii klimatu bardzo mi leżał. Był mroczny i pesymistyczny, jasne. Ale też dlatego dobrze mi się oglądało. Zobacz, kiedy jakiś twórca komiksowy przedefiniuje znaną postać, to zwykle bijemy mu brawo, nazywamy wizjonerem etc. Kiedy zrobili to filmowcy, wieszamy na nich psy. Dlaczego? Superman komunistą – biorę to. Superman na mroczno – to zniszczenie wizerunku postaci! Nie kupuję tego.

Myślę, że ta próba wzięcia wizerunku Supermana nie pasowała do jego postaci wcale. Nolan poszedł w kierunku bardziej realistycznego Batmana i niemal wszyscy byli szczęśliwi. Taki Batman – posępny i niemal realistyczny jest interesujący. Supcio już nie. To próba, która po prostu nie wyszła a co gorsza kładzie cień na pozostałe filmy. Nie wyobrażam sobie uniwersum budowanego od mrocznego Supermena przez konflikt z Batmanem a następnie wesołego Flasha czy Green Lantern. To krok w złą stronę.

Tak i nie (znów). Między poważnym Zimowym Żołnierzem a poważnym Avengers 2 mieliśmy komediowych Strażników Galaktyki i nie bolało. Dlaczego DC ma się nie udać to, co udało się Marvelowi? Poza tym dla mnie to, jak wyglądał Man Of Steel jest pozytywem, bo ludzie to kupili. Uważam, że gdyby nie komercyjny sukces tego filmu nie mielibyśmy ani wspomnianych wcześnie Zimowego i Czasu Ultrona w takiej formie, ani Deadpoola i Suicide Squad w zapowiedziach.

Wyobrażasz sobie, że po porażce poprzedniej Zielonej Latarni zrobią reboot w zabawnym stylu? Ja raczej nie. Owszem Man of Steel przyciągnął sporo osób do kin, ale to bardziej Batmanom Nolana przypisałbym spowodowanie, że filmy z superbohaterami mogą być poważniejsze w Marvelu. Superman zwyczajnie zawiódł i sprowadza się do słabej fabuły z niezłymi scenami walk a nie o to chodziło.

Tylko że Batman zawsze był mroczniejszą stroną komiksów. Bo wersjach Burtona jakoś nie widziałem poważnych ekranizacji przygód innych bohaterów. Był za to Daredevil, Fantastyczna Czwórka czy Spider-Man Raimiego. Ale żebyś nie odniósł wrażenia, że uważam Men Of Steel za dzieło wybitne. Nie jest tak. Rozumiem Twoje argumenty Film ma swoje błędy i wady, momentami jest głupi i nielogiczny. Ale podoba mi się wizualnie, lubię jego styl i powagę i cieszę się, że pokazał Supermana od innej strony, niekoniecznie nieskazitelnej. Pozwól, że zakończę dyskusję klasycznym: we agree to disagree.