Co słychać w Kaczogrodzie?

Scroll this

To i wiele innych pytań związanych z tym bohaterem przestanie być dla Was zagadką po dzisiejszym tekście.

W 1987 roku na ekranach amerykańskich telewizorów zagościł serial Duck Tales (polski tytuł Kacze Opowieści) opowiadający o Sknerusie McKwacz – najbogatszym kaczorze na świecie, który musi bronić swojego majątku przed przestępcami a co niemniej ważne chętnie uczestniczy w wielu przygodach, które mogły znacząco zwiększyć zawartość jego skarbca. Charakterystycznymi cechami tego bohatera było wieczne skąpstwo i wiara w ciężką pracę. Nigdy nie przepuszczał okazji by wzbogacić się. Zazwyczaj chodził ubrany w czerwony płaszcz, czarny cylinder a całość uzupełniała laska (nie wiem jak Wam, ale mi zawsze jak słyszę słowo „laska” kojarzy się bohater filmu „Chłopaki nie płaczą” co pewnie się jakoś leczy).

W oryginalnej wersji językowej imię Sknerusa – Scrooge pochodzi o imienia głównej postaci „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Obie postacie mają ze sobą sporo wspólnego. Powstała nawet Disney’owska wersja tej historii w której nasz bohater gra główną rolę.

Serial był dość popularny i doczekał się setki odcinków (co jak na tego typu produkcję jest całkiem niezłym wynikiem) oraz kilku gier. Jedną z nich była wydana w 1989 roku gra nazwana po prostu „DuckTales”. Niemal ćwierć wieku później doczekała się wersji na PC, Xboxa 360 i PlayStation 3. Sprawdźmy czy warto poświęcić na nią czas i pieniądze.

Pierwsze wrażenie jakie mamy po odpaleniu gry jest niesamowite. Ta muzyka przypominająca czasy gdy siadaliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy w sobotnie poranki przygody Sknerusa niemal natychmiastowo przenosi nas do krainy dzieciństwa a tym samym pozytywnie nastraja przed rozpoczęciem rozgrywki. Przyznam Wam się szczerze, że po pierwszym uruchomieniu z wielką przyjemnością przesłuchałem całą piosenkę a dopiero potem zabrałem się do gry.

Poniżej możecie zobaczyć kilkadziesiąt minut z DuckTales: The Quest for Gold. Ta wydana rok później produkcja znacząco różni się od opisywanej tu gry i w najlepszym wypadku można ją określić jako słabą choć niektóre pomysły są ciekawe (np. etapy „latane” czy użycie linki do wspinaczki.

Gdy już skończymy cieszyć się piosenką i uruchomimy stosowną opcję w menu gry naszym oczom ukaże się kolejny nostalgiczny element gry czyli grafika. Nie wiem kto wpadł na pomysł by jak najwięcej elementów zrobić dwuwymiarowo, ale powinien dostać sporą podwyżkę. Jest pięknie. Graficy nie sili się na trójwymiarowe postacie a co najwyżej stworzyli tylko teren w tej technologii. Cała reszta jest 2D i nie trudno zarzucić temu rozwiązaniu coś konkretnego. Po prostu wygląda to obłędnie i można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby spróbowano całą produkcję zrobić w 3D to efekt byłby znacznie gorszy. Równie udane jak grafika są animacje postaci. Każda z nich rusza się w specyficzny sposób i łatwo możemy rozróżnić je po samym sposobie poruszania się. Podczas rozgrywki na planszy górskiej kozic nie da się pomylić z niczym innym. Są po prostu dobrze animowane.

Jednak ta piękna grafika jest pułapką na nowych graczy. Jeśli zjedliście zęby grając w ośmiobitowe zręcznościówki to z uśmiechem na ustach zaczniecie przechodzić kolejne poziomy a poziom ich trudności wyda się Wam znikomy. Owszem na końcu gry będzie trochę trudniej, ale dwie maksymalnie trzy próby i ukończycie „DuckTales” przy jednym posiedzeniu. To dla Was przygotowano poziomy Hard i Extreme gdzie nie posiadacie nieskończonej ilości żyć a w najtrudniejszym trybie musicie ukończyć grę podczas jednego posiedzenia. Może dopiero to wyda się Wam trudne.

Cztery lata po premierze pierwszej części ukazał się sequel, który po prostu dawał graczom to samo co oryginał tylko w większych ilościach. Nie mniej chciałbym by ktoś przeniósł i tę wersję na obecną generację konsol.

Pozostali zaczną zastanawiać się czy DuckTales nie jest robione przez From Software. Niby początkowo mamy trzy serduszka a dotknięcie większości przeciwników pozbawia nas tylko jednego z nich, ale i tak nie jest łatwo. Wzorem oryginału wpadnięcie do jednej licznych dziur kosztuje nas życie, a ilość przeciwników na planszy może nie przyprawia o zawrót głowy, ale ciągle pojawiają się nowi, więc chwila uwagi i tracimy kolejne serduszko. Owszem możemy zdobyć w każdym ze światów dodatkową szansę, ale to nie zmniejsza częstotliwości ataku przeciwników ani ilości zdradliwych przerw w podłożu. Po prostu wytrzymacie chwilę dłużej w walce z bossem czy też będzie mogli popełnić jeden błąd więcej podczas przechodzenia planszy.

Na osobny akapit zasługują bossowie, bo nie dość, że są dość wiernie przeniesieni z oryginału to wzorem najlepszych każdy z nich walczy inaczej i na każdego warto przygotować osobną taktykę. Jeśli będziecie nieuważni to nawet samouczka możemy stracić życie w walce z jednym z braci Be. Moim ulubionym pozostanie wampiryczny kaczor. Niby wytrzymuje tylko sześć uderzeń, ale po każdym z nich zmienia się w jedną z trzech wersji i dość szybko pozbawia nieuważnych graczy życia. Walka z nim to spore przeżycie a zwycięstwo bez utraty serduszka daje olbrzymią satysfakcję.

Gdy już ukończycie grę możecie kupić specjalne materiały z gry (za gotówkę zebraną podczas rozgrywki) albo kąpać się w złocie. O ile to drugie nie wymaga żadnego wyjaśnienia, ot skaczecie w dół by wylądować wśród błyszczących krążków to ilość rzeczy jaką możemy nabyć w galerii wzbudza zachwyt. Znajdziemy tu niemal każdą postać pokazaną i narysowaną w wielu różnych pozach, miejscach i wariantach. Dla fanów serialu to rewelacyjna sprawa. Niestety wszystkie pozycje odblokują tylko najbardziej cierpliwi gracze (wielokrotnie przechodząc dostępne poziomy) albo utalentowani, którzy trzykrotnie ukończą grę na coraz to wyższym poziomie trudności. Nie mniej warto poświęcić trochę czasu na jej odblokowanie.

Czy warto poświęcić czas (i pieniądze) na zakup DuckTales: Remastered? Fani NESowej wersji prawdopodobnie już mają swoje kopie gry. Całą resztę chciałbym serdecznie zaprosić do wspólnej przygody z Sknerusem i jego dzielną kompanią. Powodzenia!